Po mojemu

Lato, a wraz z nim najcieplejsze oraz najdłuższe w ciągu roku dni gorąco zachęcają nas, aby skorzystać ze sposobności zorganizowania dłuższej zasiadki. Nie wiem jak Wy, ale jak zawsze staję przed tym samym dylematem – nad jaką wodę się wybrać?

Jedno jest jednak pewne – staram się wybierać zbiorniki z „charakterem”. Szukam wód wymagających i jak najbardziej naturalnych, gdzie ingerencja człowieka w naturę jest minimalna. Czym jest dla mnie woda z „charakterem”? Odpowiedź wcale nie jest taka prosta, jak się wydaje. Muszą być tam na pewno twarde zaczepy, w postaci korzeni, powalonych drzew, itp. Uwielbiam, kiedy w zbiorniku występuje roślinność w postaci moczarki lub pięknych lilii o dużych liściach, tworzących wodny dywan, okraszony żółtymi kwiatami. No i musi być oczywiście trzcina, gęsto porastająca brzegi. W takich warunkach niezbędna jest wiedza i spryt, a każda próba przechytrzenia karpia to prawdziwe wyzwanie.

Gdzie łowić?

Wody bogate w naturalne przeszkody nie należą do łatwych w obławianiu. Odszukanie oraz wytypowanie dobrych miejsc do położenia zestawów to wyższa szkoła jazdy. Jeżeli w łowisku występują grążele, staram się przede wszystkim znaleźć ich największe skupisko lub kępy. Jeszcze lepiej, kiedy widać pomiędzy nimi pustą przestrzeń – tzw. oczko. W zależności od szerokości pasa porastania kapelonów, zawsze staram się wciągnąć zestaw w ich głąb (patrząc od pasa trzciny brzegowej do linii otwartej wody). Drugim, bardzo ważnym elementem układanki są wcięcia, naturalne zakola w trzcinie, powalone drzewa, wystające gałęzie nad poziom wody. Rzadko szukam miejsc na otwartej wodzie. Zazwyczaj skupiam się w partiach brzegowych zbiornika, ale co najważniejsze – wybieram miejscówki niedostępne dla innych wędkarzy, gdzie ryby mają ciszę i spokój. Tam zawsze warto spróbować swoich sił.

Jeżeli już upatrzę sobie miejsce i zdecyduję się tam łowić – zawsze sprawdzam twardość dna, obstukując je w promieniu około dwóch, trzech metrów. Nigdy nie zrażam się, gdy w łowisku zalega warstwa mułu. Wręcz przeciwnie – wielką zaletą i plusem łowienia w strefie przybrzeżnej, pośród roślinności wynurzonej, jest obfitość naturalnego pokarmu. To taki wiecznie syto nakryty stół, z ogromną ilością raków, małży oraz ślimaków. Te ostatnie bez problemu zauważymy na liściach lilii wodnych.

Przygotowanie sprzętu

W karpiowaniu liczą się nawet najmniejsze detale, więc naprawdę warto sumiennie przygotować swoje zestawy końcowe oraz przypony – ja zawsze wiąże nowe. Dokładnie sprawdzam wszystkie węzły, mam świadomość, iż niedbalstwo w tej kwestii mogłoby mnie pozbawić mnie tak ciężko wypracowanej ryby.

W gąszczu lilii wodnych zawsze łowię z użyciem tzw. bezpiecznego klipsa z dobrze wypinającym się obciążeniem. Używam ciężarków z dużym oczkiem i nie nasuwam do końca gumki na klips – niewypięty ciężarek w opisywanych warunkach bardzo utrudniłby skuteczny hol. Łowiąc na dystansie około 150 metrów stosuję ciężarek nie mniejszy niż 220 gram. W takich łowiskach samozacięcie ryby musi być pewne.

Jeśli chodzi o przypony, to praktycznie przez cały sezon używam jednego rodzaju konstrukcji. To Blow Back Rig na haku Short Shank nr 4 z rurką termokurczliwą. Różne są jedynie materiały, z których korzystam do ich wykonania oraz finalna długość. I tak, jeśli w moim łowisku dno jest twarde wybieram fluorocarbon o teście 25-30 lb i długości ok. 18 cm, jeśli zaś miękkie – sięgam po brązową plecionkę Sufixa w otulinie o wytrzymałości 25-35 lb, a długość przyponu warunkuję grubością warstwy mułu, w jaki zapadnie się mój ciężarek. Jak to określić? Bardzo prosto. Wykonuję w tym celu prowizoryczny marker z nowym, białym sznurkiem i dowiązuję do niego dokładnie taki ciężarek, jakiego będę później używał podczas wędkowania. Już po dwóch, trzech godzinach muł zabarwi biały sznurek dokładnie na tym odcinku, który się w nim zapadł. Tak oto, w banalny sposób dobieram odpowiednią długość przyponu do miejsca, w którym łowię.

Podczas zasiadek w trudnych warunkach zawsze używam tzw. bait linera. To taki niezwykle pomocny, niewielki pływak, który przede wszystkim ułatwia wypłynięcie naszej linki głównej z podwodnej gęstwiny. Dzięki jaskrawej barwie i odblaskowi jest też nieoceniony podczas nocnych holi – płynnie przesuwając się po plecionce wskaże nam właściwy kierunek płynięcia do walczącej ryby.

Jestem zdania, iż podczas łowienia w grążelach lub w pobliżu zatopionych drzew zawsze warto używać plecionek zamiast żyłek. Dlaczego? Plecionka natychmiast powiadomi nas o braniu, w przeciwieństwie do żyłki. Biorąc pod uwagę około 10 procentową rozciągliwość tego drugiego materiału, zanim usłyszymy branie – może być już pozamiatane. Strzałówka to kolejny, niezbędny element budowy naszego zestawu. Staram się używać jak najwyższej jakości materiału o długości około 15 metrów.

Generalnie, szczególnie podczas łowienia w trudnych warunkach musimy być w 100 procentach pewni naszego sprzętu oraz jego wytrzymałości. Czasami, nawet najmniejszy błąd może skutkować utratą ryby, na którą polowaliśmy od wielu dni lub nawet tygodni.

Jaka przynęta, jaka zanęta?

Lato nad wodą rządzi się swoimi prawami. Wysoka temperatura, wzmożony apetyt karpi oraz ich przyśpieszony metabolizm pozwalają na zastosowanie bardzo szerokiej palety zanęt oraz przynęt. Taktyka, jaką obieram przy nęceniu w grążelach to sypanie drobnym pelletem – najlepiej w kilku średnicach: 4, 6, 8 oraz 21 mm. Dodatkowo, jednorazowo na każdy zestaw serwuję około kilograma ugotowanych konopi z rzepakiem. To ziarna mocno aromatyczne, tłuste i oleiste – stymulują oraz przyśpieszają metabolizm i trawienie u ryb. Największym jednak atutem nęcenia drobnym ziarnem wśród roślinności jest to, iż opadając na dno, tworzy ono swoisty dywan, wypełniający wszelkie zagłębienia. Dlaczego to takie ważne? Cóż, rybom nie jest ławo wybrać wszystkiego do zera, a pobudzone zaczynają coraz bardziej i intensywniej żerować.

Do wody trafiają oczywiście także kulki – w całości oraz pokrojone, tak, aby szukający w łowisku pożywienia karp trafiał również na grubsze kawałki zanęty. Zawsze staram się umieścić dwa zestawy obok siebie. Jeden w centrum nęconego pola, drugi delikatnie z boku – na skraju zanęty. Ten drugi zestaw obsypuję zaledwie kilkoma, maksymalnie pięcioma kulkami. Każdorazowo chowam przypon w siatce PVA. Muszę mieć absolutną pewność, że mojemu zestawowi, spoczywającemu na dnie nic złego się nie stanie – np. nie splącze. Pamiętajcie też, że haczyk tkwiący w „kiełbasce” PVA nie ma irytującej skłonności do zgarniania z dna wszelakich „śmieci”, co zdecydowanie mogłoby niekorzystnie wpłynąć na prawidłowe zacięcie ryby. Moje „kiełbaski” PVA tworzę z mieszanek pelletów, stick mixów, drobno i grubo pokruszonych kulek oraz zwykłej zanęty.

Podczas letnich zasiadek – w szczególności, kiedy dysponuję większą ilością wolnego czasu – bardzo lubię poeksperymentować. To właśnie wtedy jest idealny moment na sprawdzenie swoich przypuszczeń i przemyśleń dotyczących taktyki oraz metod połowu. Zdecydowanie nie ma na to czasu podczas krótkich wypadów – wówczas skupiam się na sprawdzonych, „bankowych” rozwiązaniach. Na każdą swoją ekspedycję karpiową z góry ustalam plan działania. Zazwyczaj już w domu z grubsza wiem gdzie będę łowił, a przede wszystkim – na co. No właśnie, aby uniknąć nerwowej atmosfery nad wodą i nie zajmować się głównie dylematami pod hasłem „co założyć na włos”, na karpie najczęściej zabieram ze sobą jeden lub dwa smaki kulek tonących oraz dwa, maksymalnie trzy słoiki pop up. Wierzcie mi – mam wtedy naprawdę spokojną głowę! Lubię też łowić jedną wędką na całkiem nowe przynęty, takie, których ryby nie zdążyły jeszcze poznać. Pewnie się będę powtarzał, ale uważam, iż w Polsce taką przynętą są orzechy tygrysie oraz ich pochodne – w postaci kulek proteinowych, stick mixów, itp. Łowiąc, staram się na każdej wędce mieć coś innego – na jednej pojedynczą kulkę 20 mm, na drugiej bałwanka z kulki 20 mm i pop up 15 mm, na trzecim kiju zaś dwie tonące boilies 15 mm. Dzięki takiej taktyce dość szybko mogę stwierdzić, jak karpie żerują i jakie kąski je interesują.

Branie oraz hol

Kiedy doczekam się brania, zawsze staram się zachować zimną krew, mimo, iż niekiedy jest to naprawdę trudne. Po pierwsze – nie zacinam! Zanim podniosę wędkę, otwieram kabłąk, aby uciekający karp nie czuł już oporu i spokojnie, na luźnej lince mógł sobie odpłynąć. I to jest klucz, o którym pisałem wcześniej. Duży ciężarek pewnie zacina rybę, następnie wypina się, ja mam zaś komfort psychiczny, iż jak dopłynę do karpia – ona wciąż tam będzie. Wsiadam wtedy do wcześniej przygotowanego pontonu, w którym zawsze jest mata, podbierak oraz nowy zestaw z zanętą (abym nie musiał wypływać dwukrotnie) i płynę w stronę karpia. Co bardzo istotne, właściwy hol zaczynam dopiero pod koniec, w momencie, kiedy dotrę do przyponu strzałowego. Wcześniej, cały czas wiosłując, po prostu powoli odzyskuję plecionkę. Niestety, zazwyczaj jest to zajęcie niezwykle żmudne i mozolne – w ferworze walki cyprinus potrafi naprawdę nieźle namieszać i np. skutecznie zaplątać linkę w liście kapelonów. To właśnie wtedy niewielki rozmiar środka pływającego i krótsze kije niezwykle ułatwiają manewrowanie i okazują się prawdziwym strzałem w dziesiątkę. Kiedy już złapię kontakt z karpiem, staram się go trzymać krótko. Całą pracę przejmuje wtedy strzałówka oraz miękki kij. Staram się, by to karp mnie holował i tym samym – powoli się męczył. Trzymając rybę na takiej swoistej, krótkiej „smyczy” należy koniecznie pamiętać o dobrze wyregulowanym hamulcu w kołowrotku. W przeciwnym razie gwałtowny zryw może pogrzebać nasze marzenia o rybie. Kiedy wyholowana zdobycz jest już bezpieczna w pontonie, podpływam do swojej miejscówki i umieszczam na nowo zestaw. Dopiero wówczas spływam na stanowisko, na sesję zdjęciową.

Łowienie w naturalnych zbiornikach, otoczonych dziką przyrodą to prawdziwa radość i przyjemność. Nie zawsze takie zasiadki kończą się spektakularnym wynikiem i sukcesem, ale czy naprawdę o to chodzi? Owszem, fajnie i miło jest przechytrzyć cyprinusa… no, ale – jak to zazwyczaj w życiu bywa – nie zawsze dostajemy to, co chcemy. Podczas zasiadek nad dzikimi wodami, z dala od jakiejkolwiek cywilizacji dostajemy jednak coś więcej. To możliwość obcowania z całą otaczającą nas przyrodą, podziwiania nocą naprawdę rozgwieżdżonego nieba, podglądania zwierząt oraz owadów żyjących nad brzegami. Pamiętajmy tylko o jednym – tutaj to my jesteśmy gośćmi. Bezwzględnie zabierajmy ze sobą wszystkie śmieci i pozostawmy miejsce w takim stanie, w jakim je zastaliśmy.

tekst i foto: Jacek Świętek

Artykuł pochodzi z Karpmanii nr 3/2014

Udostępnij

One thought on “Po mojemu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *